Jednoskrzydły Najdziwniejsze w umieraniu było to, że wydawało się bardzo łatwe, spokojne i piękne. Powietrze zamarło zupełnie niespodziewanie. Jeszcze przed chwilą Maris musiała się zmagać z szalejącą dookoła burzą. Krople deszczu siekły ją po oczach, spływały po policzkach, spadały z dudnieniem na srebrzystą, metaliczną powierzchnię skrzydeł. Wiatry również powodowały dużo kłopotów. Spychały dziewczynę to w jedną, to w drugą stronę, smagając ją pogardliwie, jakby była dzieckiem, które po raz pierwszy wybrało się w podniebną podróż. Ramiona, którymi przytrzymywała rozpory skrzydeł, bolały na skutek ciągłego wysiłku. Horyzont przesłaniały ciemne chmury, morze zaś było wzburzone i spienione; Maris nie mogła nigdzie dostrzec choćby skrawka lądu. Klęła, cierpiała katusze, ale nie przerywała lotu. Potem czuła już tylko spokój, ciszę i nadchodzącą śmierć. Wiatr osłabł, a deszcz przestał padać. Na morzu nie było już widać grzywiastych fal. Chmury odsunęły się w dal. Zapadła pełna grozy cisza, jak gdyby czas zatrzymał się i chciał zaczerpnąć oddechu. Maris szeroko rozpostarła jasne skrzydła, ale przy bezwietrznej pogodzie czekał ją już tylko lot w dół.

(Reklama: )
